entuzjastycznie, czasem o internecie
Kategorie: Wszystkie | archiwum
RSS
czwartek, 17 czerwca 2010

Słowem wstępu: gospodarz bloga jest fanem muzyki dawnej (=takiej, której dziś już nie grają; a ta dzisiejsza młodzież - paaanie, nie ma o niej pojęcia) więc po prostu musiał wybrać się na szeroko reklamowany pierwszy ever koncert czterech najważniejszych kapel thrashowych. Anthrax, Megadeth, Slayer i Metallica na jednej scenie to coś wyjątkowego. Relację z koncertu wrzucam na bloga cobym mógł na starość się nią posiłkować kiedy będę opowiadał wnukom o tym czego dziadek słuchał w XXI wieku ;)

Zacznę od tego, że termin Big Four jest mocno przereklamowany. Raczej kojarzy mi się z czterema największymi firmami audytorskimi (Deloitte Touche, Ernst & Young, KPMG i PricewaterhouseCoopers) albo z amerykańskimi telewizjami (ABC, CBS, NBC, Fox) ale niech im tam już będzie. Skład tej całej Big Four też jest dyskusyjny - gdybym się cofnął w czasie 15 la i zadał sobie pytanie "Michał, wymień 4 największe thrashowe kapele", to pewnie usłyszałbym coś w stylu "Sepultura/Megadeth/Kreator/Slayer i może jeszcze Metallica z pierwszych płyt". No nic, musi być chwytliwe hasło żeby ludzie kupili bilety, niech będzie że to reunion wielkiej czwórcy thrashu.

No właśnie bilety (narzekactwo biedackie mode on). Co to za pomysł z tym całym Golden Circle? Czterech stów na bilet nie wydam nawet gdyby grało stare Gn'R wspierane przez Nirvanę ze sklonowanym Kobainem. Rozumiem, że kiedy Metallica miała swój snakepit to miejsca wewnątrz niego były warte extra, natomiast wykrawanie kawałka murawy pod sceną gdzie zwykle umieszczam swoje 4 litery i sprzedawanie go za 2x to zdzierstwo pierwszej wody. Co gorsza, liczba miejsc w tym Golden Shower Circle nie jest nijak limitowana - niby "ekskluzywna" strefa jest tak duża jak wiele biletów uda się opchnąć. I tylko patrzeć jak na następnych imprezach zobaczymy jeszcze bardziej elitarne Platinum Circle, Diamond Circle czy Black Pentagram (/narzekactwo biedackie).

Do rzeczy jednak. Miejscówka - Lotnisko Bemowo - bardzo przyjemne. Dobra komunikacja (tu szacunek dla miasta/dzielnicy/ztm, które sprostało dowiezieniu i wywiezieniu tysięcy ludzi z tego zadupia), długi relaksujący spacer po trawie od wejścia pod scenę, sporo atrakcji towarzyszących. Jedyny feler to słońce, które cały czas wisiało nad sceną, odbierając -100pkt mhoczności wszystkim kapelom po kolei (schowało się na dobre dopiero przed Metalliką).
Miałem nadzieję, że skoro jesteśmy na lotnisku, to załapiemy się na takie atrakcje jak latające nad głową helikoptery - por. nagranie z Tuszyńskiego Aerodromu, Monsters of Rock 1991: 

i nie zawiodłem się: najpierw przemknęło coś bokiem (Anakonda?), a potem dwa pokazy akrobacji dał śmigłowiec Red Bulla, podobne wyczyny jak na tym filmiku:

+ jeszcze na końcu coś wisiało nam nad głową (Błękitny TVN24? Policja? ciemno było, nie widziałem).

Jako pierwsza zagrała polska gwiazda - Behemoth. O godz. 15 Szatan jeszcze śpi więc ich show wyglądał tak sobie, ale dosyć licznie przybyli kindermetale reagowali z aplauzem, nawet jakiś srogi młyn się koło mnie zrobił.

Nieco później wyszedł Anthrax:

Anthrax na Sonisphere 2010
Kiepsko ustawiony miał dźwięk (strasznie brzęczącowysokie tony) i na dodatek skończył zanim zagrał swój najlepiej rozpoznawalny hicior (myślę oczywiście o "Bring the Noise"). Nie jestem też fanem wymiany zajebistego i pełnego powera wokalisty (Busha) na leśnego dziadka w indiańskim pióropuszu (Belladonnę). Mimo wszystko przyznam, że zaczęli bardzo konkretnie i "Caught in a Mosh", "Madhouse" czy "Antisocial" dały radę na tyle że sobie nawet poskakałem.

Następnie rozejrzałem się i cokolwiek oniemiałem. OMG, ile narodu!:naród z lewej
(naród z lewej)


naród z prawej
(naród z prawej)

naród z tyłu
(naród z tyłu, tak - aż po horyzont) 
W narodzie dało się usłyszeć głosy niemieckie, rosyjskie, angielskie, włoskie - widać było że impreza przyciągnęła wielu fanów z zagranicy. Oraz jednego amatora czereśni - za mną stał facet z tak soczyście wyglądającymi czereśniami, że opadły mnie natrętne myśli żeby go napaść, pozbawić owoców i zwiać w tłum ;)

Kolejnym wykonawcą był Megadeth. Zawsze chciałem ich zobaczyć live, także byłem mocno nagrzany na ten występ. No i albo Mustaine zapomniał o śpiewaniu w kilku początkowych kawałkach, albo spece od nagłośnienia dali ciała po całości. Dopiero przy "Rust in Peace" jakoś udało się to poskładać do kupy i końcówka seta ("Rust...", "Headcrusher", "Sweating Bullets", Symphony of Destruction" i "Peace Sells") zabrzmiała tak jak trzeba. Poza tym za krótko: zabrakło zwłaszcza większej ilości kawałków z mojego ulubionego Countdown to Extinction. Fani i tak nagrodzili ich potężną owacją, to było baardzo gorące przyjęcie.

Przedostatni na scenę władował się Slayer. Nie lubię Slayera. Cały patent kapeli to perkusista z innej planety i trzech szybko grających kolesi. Przy czym gdybym chciał czegoś naprawdę szybkiego to bym poszedł na Cannibal Corpse. Albo na Napalm Death. A najchętniej na Atari Teenage Riot. I jeszcze ten Araya który nijako gra na basie ale za to kiepsko śpiewa ;). Novelty polegające na tym że są najszybszym i najostrzejszym thrashowym zespołem może przemawiać chyba tylko do nastolatków. I właśnie fani Slayera: łysi, spoceni kurduple o mentalności trzynastolatka są tym co mnie najbardziej od Slayera odrzuca. Są na dodatek tak tępi/głusi, że nawet nie znają na tyle dobrze kawałków swojej ulubionej kapeli żeby wrzucić setlistę z Sonisphere na setlist.fm. edit: łooo, dodali wreszcie.
Ok, ponatrząsałem się trochę i czas się odrobinę pokajać: "Angel of Death" dosyć doszczętnie mnie rozjebał, koncertowe wykonanie miażdży i zabija. Jeden z najlepszych momentów wieczoru. I szkoda, że "Raining Blood" poszedł w jakiejś skróconej wersji. Poza tym autentycznie ziewałem, nie moje klimaty.

Tu poboczny rant: wszystkie po kolei Big Fourowe kapele (nie jest to zarzut wyłącznie do Slayera ;) wyraźnie swoje najlepsze lata (fizycznie, nie muzycznie) mają dawno za sobą. Statycznie, statecznie, nieruchomo, głowa przybita do reszty ciała nieheadbangującą szyją, nadwaga (King! Hanneman! o_O). Tylko Belladonna i Trujillo jakoś zauważalnie świrowali po scenie. Ech. Zresztą to samo mogę powiedzieć i o sobie: 11 lat temu mogłem skakać przez cały set Metaliki i byłem na tyle lekki że mogłem crowdsurfować nie ryzykując skręcenia komuś kręgosłupa ;)

Wreszcie Metallica. Najpierw to co mi się nie podobało. Było cicho: nie pękły mi uszy, nie musiałem używać stoperów, nie dzwoni mi w czaszce. Zabrakło kilku kawałków, które urywają dupę na koncertach - "Harvester of Sorrow", "Wherever I May Roam", "Battery", "Orion", "Dyers Eve", "King Nothing"... Zdarzało się granie na skróty - "One" w oryginale było chyba spooro dłuższe niż wersja z koncertu ;). Solówka Hammeta przed "Nothing Else Matters" spodobałaby się co najwyżej mojej mamie (pozdrawiam!). Nie zaprosili Rudego na scenę. "Sad but True" wolę jak jest wolniejsze. I jeszcze wkurza mnie jak ludzie zastępują w śpiewaniu wokalistę - kurde, co to za przyjemność słuchać całego "Master of Puppets" w wykonaniu beczącej publiki (też beczałem i wyłem jeszcze), ktoś tu bierze za to kasiorę ;)
Teraz miót. Od czego by tu... Utwory z Death Magnetic zarąbiście wpisują się w koncertowy repertuar: "Cyanide" już chyba zostanie w nim na zawsze, a podczas "That Was Just Your Life" byłem w ciężkim szoku widząc jak dziko wywija Ulrich. A przy "All Nightmare Long" był fajny gest w stronę fanów - przez cały utwór na głównym telebimie pokazywano jak publika szaleje przy barierce.
Pomimo, że wcześniej wypisałem kupę braków na liście utworów to przyznam, że dostaliśmy świetny ich zestaw. Pewnie mało rajcujący dla psychofanów pasjonujących się statystykami rzadko granych kawałków - właściwie usłyszeliśmy te same co na na każdym innym koncercie hiciory, ale był to zestaw bez pudła (noo, moooże "Four Horsemen" bym wymienił na coś innego).
Wspaniały - ale tak bez kitu, naprawdę wspaniały był "Blackend". Świetnie wypadły też "Creeping Death", "Hit The Lights" i "Seek & Destroy" (i uwaga, piszę to jako hehe osoba według której Metallica ZACZĘŁA się na dobre dopiero od ...And Justice for All ;-)
Zdaje się, że muzykom podobała się publiczność, byli wyraźnie zadowoleni/podjarani tym co widzą i słyszą. Rob użył nawet swojskiego określenia, cyt.: "zajebiście". Miłe też było to że Hetfield pokazywał do kamery kostkę z logosami wszystkich czterech gwiazd Sonisphere i bardzo ciepło mówił o innych zespołach.
Na koniec powiedział jeszcze, że wkrótce znów zawitają do Polski - to ciekawe, żadnego dodatkowego koncertu chyba dotąd nie zapowiadano?

Metallica na Sonisphere 2010
(trochę widać Hammeta)

Metallica na Sonisphere 2010
(a tu Hetfield)

Pewnie czytając te żale i uwagi możecie pomyśleć że mi się nie podobało. Ha! Nic bardziej mylnego! Było świetnie! Bardzo udany wieczór, mam same dobre wspomnienia. Wszystkie zespoły wspięły się na max swoich możliwości, organizacja więcej niż przyzwoita, nawet fani Slayera znośniejsi niż zwykle. Poszedłbym jeszcze raz, tym razem do Golden Shower Circle.

 

Na koniec ogólniejsza refleksja. Jak na dłoni było widać, że thrash metal umarł i nie żyje. Największe gwiazdy grają w kółko kawałki sprzed 20 lat, wychodzi im to coraz słabiej, nikt nie przejął pałeczki. Jedna Metallica pozostała naprawdę aktywna twórczo i równocześnie nie wypadła z mainstreamu do jakiegoś getta pełnego thorgali - no ale przecież wszyscy wiemy, że po Kill'em All już nie gra thrashu ;).

 

PS. Nie zapomnijcie o wyborach!Kaczyński i Hitler
(złapane w drodze do domu ;)