entuzjastycznie, czasem o internecie
Kategorie: Wszystkie | archiwum
RSS
piątek, 17 grudnia 2010
  1. Wchodzisz wieczorem na reddit, do sekcji WTF
  2. Znajdujesz najbardziej absurdalną historię, np. tę o pijanym Serbie, który przypadkiem zabija rekina ludojada
  3. Publikujesz linka na swoim (shameless plug - bardzo popularnym) mikroblogu
  4. ...
  5. PROFIT! (już podmienili, ale oryginał znajdziecie niżej)

 

Edit: multimedialny PROFIT z wiadomości TVN24 (jeśli ktoś ma video, to proszę o podrzucenie!) oraz potwierdzenie że rekin jednak żyje.

 

 

Edit2: TVN24.pl się skapował i zmienił tekst. Ale oczywiście mam dla Was oryginał (alternatywnie brzydki .pdf). A jako bonus artykuł z działu Biznes portalu Onet.pl (tak się właśnie pompuje ruch w miejscach gdzie są drogie reklamy!).

+ Fakt (pierwsi, którzy cokolwiek sprawdzili, gratuluję)
+ Deser (to już bezlitosne dojenie odsłon, wiem że wiedzą że to nieprawda)

 

czwartek, 17 czerwca 2010

Słowem wstępu: gospodarz bloga jest fanem muzyki dawnej (=takiej, której dziś już nie grają; a ta dzisiejsza młodzież - paaanie, nie ma o niej pojęcia) więc po prostu musiał wybrać się na szeroko reklamowany pierwszy ever koncert czterech najważniejszych kapel thrashowych. Anthrax, Megadeth, Slayer i Metallica na jednej scenie to coś wyjątkowego. Relację z koncertu wrzucam na bloga cobym mógł na starość się nią posiłkować kiedy będę opowiadał wnukom o tym czego dziadek słuchał w XXI wieku ;)

Zacznę od tego, że termin Big Four jest mocno przereklamowany. Raczej kojarzy mi się z czterema największymi firmami audytorskimi (Deloitte Touche, Ernst & Young, KPMG i PricewaterhouseCoopers) albo z amerykańskimi telewizjami (ABC, CBS, NBC, Fox) ale niech im tam już będzie. Skład tej całej Big Four też jest dyskusyjny - gdybym się cofnął w czasie 15 la i zadał sobie pytanie "Michał, wymień 4 największe thrashowe kapele", to pewnie usłyszałbym coś w stylu "Sepultura/Megadeth/Kreator/Slayer i może jeszcze Metallica z pierwszych płyt". No nic, musi być chwytliwe hasło żeby ludzie kupili bilety, niech będzie że to reunion wielkiej czwórcy thrashu.

No właśnie bilety (narzekactwo biedackie mode on). Co to za pomysł z tym całym Golden Circle? Czterech stów na bilet nie wydam nawet gdyby grało stare Gn'R wspierane przez Nirvanę ze sklonowanym Kobainem. Rozumiem, że kiedy Metallica miała swój snakepit to miejsca wewnątrz niego były warte extra, natomiast wykrawanie kawałka murawy pod sceną gdzie zwykle umieszczam swoje 4 litery i sprzedawanie go za 2x to zdzierstwo pierwszej wody. Co gorsza, liczba miejsc w tym Golden Shower Circle nie jest nijak limitowana - niby "ekskluzywna" strefa jest tak duża jak wiele biletów uda się opchnąć. I tylko patrzeć jak na następnych imprezach zobaczymy jeszcze bardziej elitarne Platinum Circle, Diamond Circle czy Black Pentagram (/narzekactwo biedackie).

Do rzeczy jednak. Miejscówka - Lotnisko Bemowo - bardzo przyjemne. Dobra komunikacja (tu szacunek dla miasta/dzielnicy/ztm, które sprostało dowiezieniu i wywiezieniu tysięcy ludzi z tego zadupia), długi relaksujący spacer po trawie od wejścia pod scenę, sporo atrakcji towarzyszących. Jedyny feler to słońce, które cały czas wisiało nad sceną, odbierając -100pkt mhoczności wszystkim kapelom po kolei (schowało się na dobre dopiero przed Metalliką).
Miałem nadzieję, że skoro jesteśmy na lotnisku, to załapiemy się na takie atrakcje jak latające nad głową helikoptery - por. nagranie z Tuszyńskiego Aerodromu, Monsters of Rock 1991: 

i nie zawiodłem się: najpierw przemknęło coś bokiem (Anakonda?), a potem dwa pokazy akrobacji dał śmigłowiec Red Bulla, podobne wyczyny jak na tym filmiku:

+ jeszcze na końcu coś wisiało nam nad głową (Błękitny TVN24? Policja? ciemno było, nie widziałem).

Jako pierwsza zagrała polska gwiazda - Behemoth. O godz. 15 Szatan jeszcze śpi więc ich show wyglądał tak sobie, ale dosyć licznie przybyli kindermetale reagowali z aplauzem, nawet jakiś srogi młyn się koło mnie zrobił.

Nieco później wyszedł Anthrax:

Anthrax na Sonisphere 2010
Kiepsko ustawiony miał dźwięk (strasznie brzęczącowysokie tony) i na dodatek skończył zanim zagrał swój najlepiej rozpoznawalny hicior (myślę oczywiście o "Bring the Noise"). Nie jestem też fanem wymiany zajebistego i pełnego powera wokalisty (Busha) na leśnego dziadka w indiańskim pióropuszu (Belladonnę). Mimo wszystko przyznam, że zaczęli bardzo konkretnie i "Caught in a Mosh", "Madhouse" czy "Antisocial" dały radę na tyle że sobie nawet poskakałem.

Następnie rozejrzałem się i cokolwiek oniemiałem. OMG, ile narodu!:naród z lewej
(naród z lewej)


naród z prawej
(naród z prawej)

naród z tyłu
(naród z tyłu, tak - aż po horyzont) 
W narodzie dało się usłyszeć głosy niemieckie, rosyjskie, angielskie, włoskie - widać było że impreza przyciągnęła wielu fanów z zagranicy. Oraz jednego amatora czereśni - za mną stał facet z tak soczyście wyglądającymi czereśniami, że opadły mnie natrętne myśli żeby go napaść, pozbawić owoców i zwiać w tłum ;)

Kolejnym wykonawcą był Megadeth. Zawsze chciałem ich zobaczyć live, także byłem mocno nagrzany na ten występ. No i albo Mustaine zapomniał o śpiewaniu w kilku początkowych kawałkach, albo spece od nagłośnienia dali ciała po całości. Dopiero przy "Rust in Peace" jakoś udało się to poskładać do kupy i końcówka seta ("Rust...", "Headcrusher", "Sweating Bullets", Symphony of Destruction" i "Peace Sells") zabrzmiała tak jak trzeba. Poza tym za krótko: zabrakło zwłaszcza większej ilości kawałków z mojego ulubionego Countdown to Extinction. Fani i tak nagrodzili ich potężną owacją, to było baardzo gorące przyjęcie.

Przedostatni na scenę władował się Slayer. Nie lubię Slayera. Cały patent kapeli to perkusista z innej planety i trzech szybko grających kolesi. Przy czym gdybym chciał czegoś naprawdę szybkiego to bym poszedł na Cannibal Corpse. Albo na Napalm Death. A najchętniej na Atari Teenage Riot. I jeszcze ten Araya który nijako gra na basie ale za to kiepsko śpiewa ;). Novelty polegające na tym że są najszybszym i najostrzejszym thrashowym zespołem może przemawiać chyba tylko do nastolatków. I właśnie fani Slayera: łysi, spoceni kurduple o mentalności trzynastolatka są tym co mnie najbardziej od Slayera odrzuca. Są na dodatek tak tępi/głusi, że nawet nie znają na tyle dobrze kawałków swojej ulubionej kapeli żeby wrzucić setlistę z Sonisphere na setlist.fm. edit: łooo, dodali wreszcie.
Ok, ponatrząsałem się trochę i czas się odrobinę pokajać: "Angel of Death" dosyć doszczętnie mnie rozjebał, koncertowe wykonanie miażdży i zabija. Jeden z najlepszych momentów wieczoru. I szkoda, że "Raining Blood" poszedł w jakiejś skróconej wersji. Poza tym autentycznie ziewałem, nie moje klimaty.

Tu poboczny rant: wszystkie po kolei Big Fourowe kapele (nie jest to zarzut wyłącznie do Slayera ;) wyraźnie swoje najlepsze lata (fizycznie, nie muzycznie) mają dawno za sobą. Statycznie, statecznie, nieruchomo, głowa przybita do reszty ciała nieheadbangującą szyją, nadwaga (King! Hanneman! o_O). Tylko Belladonna i Trujillo jakoś zauważalnie świrowali po scenie. Ech. Zresztą to samo mogę powiedzieć i o sobie: 11 lat temu mogłem skakać przez cały set Metaliki i byłem na tyle lekki że mogłem crowdsurfować nie ryzykując skręcenia komuś kręgosłupa ;)

Wreszcie Metallica. Najpierw to co mi się nie podobało. Było cicho: nie pękły mi uszy, nie musiałem używać stoperów, nie dzwoni mi w czaszce. Zabrakło kilku kawałków, które urywają dupę na koncertach - "Harvester of Sorrow", "Wherever I May Roam", "Battery", "Orion", "Dyers Eve", "King Nothing"... Zdarzało się granie na skróty - "One" w oryginale było chyba spooro dłuższe niż wersja z koncertu ;). Solówka Hammeta przed "Nothing Else Matters" spodobałaby się co najwyżej mojej mamie (pozdrawiam!). Nie zaprosili Rudego na scenę. "Sad but True" wolę jak jest wolniejsze. I jeszcze wkurza mnie jak ludzie zastępują w śpiewaniu wokalistę - kurde, co to za przyjemność słuchać całego "Master of Puppets" w wykonaniu beczącej publiki (też beczałem i wyłem jeszcze), ktoś tu bierze za to kasiorę ;)
Teraz miót. Od czego by tu... Utwory z Death Magnetic zarąbiście wpisują się w koncertowy repertuar: "Cyanide" już chyba zostanie w nim na zawsze, a podczas "That Was Just Your Life" byłem w ciężkim szoku widząc jak dziko wywija Ulrich. A przy "All Nightmare Long" był fajny gest w stronę fanów - przez cały utwór na głównym telebimie pokazywano jak publika szaleje przy barierce.
Pomimo, że wcześniej wypisałem kupę braków na liście utworów to przyznam, że dostaliśmy świetny ich zestaw. Pewnie mało rajcujący dla psychofanów pasjonujących się statystykami rzadko granych kawałków - właściwie usłyszeliśmy te same co na na każdym innym koncercie hiciory, ale był to zestaw bez pudła (noo, moooże "Four Horsemen" bym wymienił na coś innego).
Wspaniały - ale tak bez kitu, naprawdę wspaniały był "Blackend". Świetnie wypadły też "Creeping Death", "Hit The Lights" i "Seek & Destroy" (i uwaga, piszę to jako hehe osoba według której Metallica ZACZĘŁA się na dobre dopiero od ...And Justice for All ;-)
Zdaje się, że muzykom podobała się publiczność, byli wyraźnie zadowoleni/podjarani tym co widzą i słyszą. Rob użył nawet swojskiego określenia, cyt.: "zajebiście". Miłe też było to że Hetfield pokazywał do kamery kostkę z logosami wszystkich czterech gwiazd Sonisphere i bardzo ciepło mówił o innych zespołach.
Na koniec powiedział jeszcze, że wkrótce znów zawitają do Polski - to ciekawe, żadnego dodatkowego koncertu chyba dotąd nie zapowiadano?

Metallica na Sonisphere 2010
(trochę widać Hammeta)

Metallica na Sonisphere 2010
(a tu Hetfield)

Pewnie czytając te żale i uwagi możecie pomyśleć że mi się nie podobało. Ha! Nic bardziej mylnego! Było świetnie! Bardzo udany wieczór, mam same dobre wspomnienia. Wszystkie zespoły wspięły się na max swoich możliwości, organizacja więcej niż przyzwoita, nawet fani Slayera znośniejsi niż zwykle. Poszedłbym jeszcze raz, tym razem do Golden Shower Circle.

 

Na koniec ogólniejsza refleksja. Jak na dłoni było widać, że thrash metal umarł i nie żyje. Największe gwiazdy grają w kółko kawałki sprzed 20 lat, wychodzi im to coraz słabiej, nikt nie przejął pałeczki. Jedna Metallica pozostała naprawdę aktywna twórczo i równocześnie nie wypadła z mainstreamu do jakiegoś getta pełnego thorgali - no ale przecież wszyscy wiemy, że po Kill'em All już nie gra thrashu ;).

 

PS. Nie zapomnijcie o wyborach!Kaczyński i Hitler
(złapane w drodze do domu ;)

sobota, 27 marca 2010

Usługi lokalizacyjne były najgorętszym tematem przewijającym się podczas SXSW. Najpopularniejsze serwisy tego typu - Foursquare i Gowalla - próbowały za wszelką cenę udowodnić, który z nich jest najlepszy, inni (Brightkite, Loopt, Yelp, SimpleGeo, MyTown, Twitter, Facebook) prezentowali swoje geo-nowinki. O tym, jak to robili i kto wygrał - potem, zacznę od garści ogólniejszych uwag.

Póki co nie znalazłem w polskim internecie poważniejszych refleksji na temat wartości niesionych przez usługi lokalizacyjne. Dominuje traktowanie ich jako przejściową modę albo straszenie pleaserobme.com. Tymczasem - wraz ze wzrostem liczby ich użytkowników - coraz bliżej im do stania się prawdziwym game-changerem na wielu polach. 
Aby to zrozumieć, należy zmienić spojrzenie ze skoncentrowanego na userze (=sobie) na skoncentrowane na danych (=aktywności masy użytkowników). Informacje o lokalizacji pojedynczego użytkownika są rzeczywiście niezbyt interesujące dla niego samego i nie przynoszą mu jakiejś niezwykłej wartości. Dlatego też twórcy poszczególnych aplikacji wszywają w nie elementy zabawy (merostwa w foursquare, geocaching w gowalli, systemy achievementów) powodujące że userzy ich od razu nie porzucają. Nieco lepiej jest gdy użytkownik ma siatkę znajomych, którzy również korzystają z aplikacji geolokalizacyjnych - łatwiej się spotkać, poznać miejca które polecają, itp. 
Ale naprawdę ciekawe rzeczy dzieją się dopiero w skali makro. Przy odpowiednio dużej liczbie statusów można pokusić się o tworzenie na ich podstawie zestawień pokazujących najczęściej odwiedzane rejony miast, przewodników po restauracjach i klubach uwzględniających godziny szczytu w poszczególnych lokalach (nawet z dokładnością do sali czy pojedynczego stolika), badanie typowych tras pokonywanych przez turystów... To ocean informacji, którego istnienia do tej pory sobie nie uświadamialiśmy!* Albo kolejna "rura" z treściami, która czeka tylko aby ją gdzieś podpiąć - dzięki otwartym API serwisów geolokalizacyjnych dane są stosunkowo łatwo dostępne i czekają tylko na skonsumowanie (i obudowanie ciekawymi modelami biznesowymi).

* albo uświadamiało sobie niewielu - vide system Ulice pokazujący dane o korkach w Warszawie na podstawie sygnałów z GPSów w autach objętych systemem monitoringu

 

Mini Gowalli

Powyższe to wciąż jeszcze pieśń przyszłości, powrócę więc do tego, jak geolokalizacja wyglądała kilka dni temu w Austin. Oszołomiła mnie dokładność pozycjonowania, w tym również wewnątrz budynków. Każda sala Convention Center w której działo się coś związanego z SXSW była zmapowana (zapewne dzięki dodaniu do danych GPS informacji pochodzących z wifi) i można było się w niej "wczekować" do 4sq i do gowalli. Co więcej - dzięki temu, że oba serwisy "wiedziały" gdzie i kiedy odbywa się jaki punkt imprezy moja historia logowań to równocześnie katalog paneli, wystąpień i parties które odwiedziłem.
Oba serwisy robiły świetną robotę jeśli chodzi o wskazywanie gorących miejsc - na bieżąco było widać, który event przyciąga większą niż inne publiczność, albo w którym lokalu jest akurat najlepsza impreza.
W ogóle w całym mieście trudno było znaleźć jakikolwiek punkt, który nie byłby naniesiony na mapy. Nie sposób było nie dostać zacnych gadżetów - realnych czy wirtualnych - obok tradycyjnych koszulek i naklejek F i G przygotowały specjalne, dostępne tylko w Austin achievementy. Zauważyłem po sobie, że wręcz biegam za miejscami, które pozwalają mi wczekować się (ze względu na ceny roamingu danych korzystałem z wifi - lokale oferujące bezprzewodowy internet są atrakcyjniejsze!) i zdobyć unikalne znaczki. Dzięki temu poznałem takie atrakcje jak The Moonlight Towers czy szukałem lokalizacji, gdzie jest naraz tłum ludzi - Super Swarm Badge. Ludzkie zamiłowanie do zbieractwa może być niezłym motorem napędzającym turystykę - tylko patrzeć jak poszczególne miasta czy właściciele lokali będą starać się aby ich atrakcje znalazły się wśród featured trips albo był z nimi związany któryś z achievementów.

Dennis Crowley

Odwiedziłem jedną dyskusję nt. usług geolokalizacyjnych - Augmenting Maps with Reality z udziałem przedstawicieli Foursquare, Flickr, Bing, Navteq i Twittera. Najciekawsze rzeczy można było usłyszeć od tego pierwszego - Dennisa Crowleya (na zdjęciu). Prognozował on dalsze zwiększanie dokładności lokalizacji (mówił o poziomie konkretnego krzesła w sali o_O ). Przyznał, że ustawianie na początku listy pobliskich miejsc tych, które odwiedziło się wcześniej lub odwiedzili je znajomi służy m.in. poprawie subiektywnego wrażenia dokładności namiaru. Wreszcie przedstawił przykład na to jak jego serwis może stać się przydatniejszy dla użytkowników (i przy okazji reklamodawców). Otóż foursquare może "wiedzieć", kiedy jesteśmy głodni - bo dawno nie byliśmy w żadnym miejscu z jedzeniem (dom, bar, restauracja) a właśnie dochodzi godzina kiedy zwykle spożywaliśmy posiłek - i może nam zaproponować wizytę w mijanej w tym momencie restauracji. Może tę propozycję dodatkowo wzmocnić pokazując nam, że nasi znajomi często tam bywają w tym lokalu, i osłodzić specjalną promocją przygotowaną pod naszym kątem... 

To jeszcze parę słów o tym, kto wygrał. Póki co chyba Bing, który jako pierwszy zaczął wciągać na swoje mapy dane z Foursquare. Jeśli chodzi o nowe serwisy z geo- funkcjami, to zostały one przyćmione przez duet F & G. Nawet Facebook i Twitter z geolokalizacją nie wzbudzają mojego większego entuzjazmu - po prostu tu nowe funkcje są na doczepkę, na zasadzie "me too". Raczej bez uświadomienia sobie idei pt. zbierzmy mnóstwo danych lokalizacyjnych i stwórzmy z nich nową wartość (co nie oznacza sobie, że któryś z nich lub oparty na nich mashup nie zacznie tak działać). Gowalla miała więcej sympatii wśród lokalnej publiki (to zresztą startup z Austin), Foursquare potrafił skuteczniej zainteresować sobą media, które pisały o nim non stop. Nadal są to zabawki early adopterów - np. jeśli wierzyć rankingom Gowalli, to w całej Arizonie korzysta z serwisu ledwie 2 tysiące osób. Obydwa serwisy mają wady wieku dziecięcego (ograniczona ilość wspieranych platform, brak trybu offline, kłopoty ze źle dodanymi punktami...). Bliżej przebicia się do mainstreamu jest chyba Foursquare, które ogłosiło niedawno partnerstwo ze Starbucks. Trzymam kciuki za kolejne sukcesy!

Do poczytania:
Growing Your Business: 5 Tips from the Co-Founder of Foursquare
Some Crazy Postbellum Data From Foursquare And Gowalla
SXSW 2010 Redux

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19